chmura much, tak wielka, że same siebie pogrążyły w ciemności
Nie zdołała ocenić jej pospiesznej reakcji. Kontakt został przerwany natychmiast, a widok poprzez oczy Babette zniknął. Lori znalazła się na progu kuchni.
W głowie słyszała wyraźne odgłosy wydawane przez muchy. Ich bzyczenie nie było echem Midian, lecz czymś realnym. Latały w kółko po pomieszczeniu nad jej głową. Aż za dobrze wiedziała, jaka woń je tu przywiodła, jajeczkujące i głodne; miała też całkowitą pewność, że po tym wszystkim, co zobaczyła w Midian, nie zdoła wykonać jeszcze jednego kroku w stronę zwłok na podłodze. To już za dużo śmierci ^ jej świecie, w jej głowie i dookoła. Jeśli nie ucieknie, oszaleje. Musiała wracać na świeże powietrze, gdzie mogłaby swobodnie odetchnąć. Może znaleźć jakiś niewielki sklep i pogadać ze sprzedawczynią, ot tak, o pogodzie, o cenach ręczników papierowych, o czymkolwiek, równie długo, co banalnie, nieciekawie.
Ale muchy chciały bzyczeć w jej uszach. Próbowała je odgonić. Wciąż przylatywały jednak do niej, do niej, ze skrzydełkami lepkimi od śmierci, odnóżami czerwonymi od śmierci.
- Dajcie mi spokój – szlochała. Ale jej gwałtowne zachowanie przyciągało tylko coraz większe ich chmary, zrywające się na dźwięk jej głosu od swego stołu jadalnego, niewidocznego za plecami. Umysł Lori walczył, by zachować dystans do rzeczywistości, w którą znów została rzucona, ciało błagało by wyjść z kuchni.
I umysł, i ciało zawiodły. Nadleciała chmura much, tak wielka, że same siebie pogrążyły w ciemności. Niejasno zdała sobie sprawę, że taka obfitość jest niemożliwa i że to jej psychika tworzy obrazy grozy w swoim pomieszaniu. Ale ta myśl była za słaba, by powstrzymać szaleństwo. Rozum sięgał po tę myśl, lecz chmura była coraz bliżej. Czuła ich odnóża na swoich ramionach i twarzy, zostawiające smużki substancji, w której były unurzane: krwi Sheryl, żółci Sheryl, potu i łez Sheryl. Nadlatywało ich tak wiele, że nie wszystkie mogły znaleźć dla siebie miejsce na ciele Lori, więc szukały drogi do jej warg, pełzły w nozdrza i oczy.
Raz we śnie o Midian, śmierć przyszła jak pył, ze wszystkich zakątków świata, czy tak? I czyż nie stała pośrodku burzy, pieszczona i szczęśliwa świadomością, że umarli składają się na ten wiatr? I oto druga część tamtego snu: horror wobec wspaniałości części pierwszej. Świat much współzawodniczy z tamtym światem pyłu; świat niezrozumienia i ślepoty; umarłych bez pogrzebu i bez wiatru, który by ich zabrał. Tylko muchy na nich ucztują i rozmnażają się.
W tym współzawodnictwie pyłu i much stała po jednej stronie; wiedziała, nawet gdy całkiem traciła przytomność, że jeśli Midian umrze, a ona nic w tej sprawie nie zrobi, jeśli Pettine, Gibbs i ich kumple rozkopią azyl Nocnego Plemienia, wtedy ona, pewnego dnia obrócona w proch, dotknięta losem Midian, nie będzie miała dokąd ulecieć i dostanie się w ręce much, ciałem i duszą.
By admin | 3. mar 2010 | powracajaca gwiazda, przemysl filmowy | No Comments »